<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>mojemalzenstwo.pl &#187; Wykłady rodzinne</title>
	<atom:link href="http://malzenstwo.zw.pl/?feed=rss2&#038;cat=8" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://malzenstwo.zw.pl</link>
	<description>Celem tej strony jest ukazywanie wartości,  piękna, świętości i nierozerwalności sakramentalnego  związku małżeńskiego kobiety i mężczyzny</description>
	<lastBuildDate>Mon, 16 Aug 2010 10:37:10 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Religijne wychowanie dzieci</title>
		<link>http://malzenstwo.zw.pl/?p=74</link>
		<comments>http://malzenstwo.zw.pl/?p=74#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 22 Sep 2009 09:27:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wykłady rodzinne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://malzenstwo.zw.pl/?p=74</guid>
		<description><![CDATA[Przywilej i obowiązek
1. „Zobowiązaliście się”
Podczas jednego z pobytów w Polsce, przebywając w Zakopanym, Jana Pawła II skierował do rodziców następujące słowa: „Przynosząc kiedyś Wasze dziecko do chrztu, zobowiązaliście się do wychowania ich w wierze kościoła i w miłości do Boga”[1]. Aby ukazać bardzo ważne treści celowo odwracam kolejność, korzystając z wyrażenia, które odwołuje się do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przywilej i obowiązek</p>
<p>1. „Zobowiązaliście się”<a href="http://malzenstwo.zw.pl/wp-content/uploads/2009/09/DSC04935.JPG"><img class="alignleft size-medium wp-image-368" title="DSC04935" src="http://malzenstwo.zw.pl/wp-content/uploads/2009/09/DSC04935-300x201.jpg" alt="DSC04935" width="300" height="201" /></a></p>
<p>Podczas jednego z pobytów w Polsce, przebywając w Zakopanym, Jana Pawła II skierował do rodziców następujące słowa: „Przynosząc kiedyś Wasze dziecko do chrztu, zobowiązaliście się do wychowania ich w wierze kościoła i w miłości do Boga”[1]. Aby ukazać bardzo ważne treści celowo odwracam kolejność, korzystając z wyrażenia, które odwołuje się do już zrealizowanego sakramentu. Bazując na przypomnieniu konkretnych zobowiązań będę chciał wskazać na wielki przywilej, płynący ze współprace ze Stwórcą.<br />
Podczas zawierania sakramentu małżeństwa szafarz kieruje do nowożeńców następujące pytanie: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”. Z samego faktu przyjęcia potomstwa płyną dla rodziców niewyobrażalne łaski. Jest to bardzo konkretne źródło Bożego błogosławieństwa. Krótkie uzasadnienie tych prawd zawarte jest we wprowadzeniu. Bardzo podobną treść zawiera pytanie skierowane w czasie obrzędu sakramentu chrztu: „Drodzy rodzice, prosząc o chrzest dla waszego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świadomi tego obowiązku?”. W obu wypowiadanych formułach czytelnie przejawia się bardzo konkretne zobowiązanie. Rodzice wierzący, przyjmując potomstwo, przyjmują na siebie obowiązek przekazania mu chrześcijańskiego systemu wartości. Za chwilę zajmiemy się korzyściami płynącymi z takiej „umowy”, ale najpierw o samym zobowiązaniu. W życiu codziennym wielokrotnie przyjmujemy na siebie jakiś zakres obowiązków. Jest tak w ruchu drogowym, w pracy, w różnych miejscach, gdzie obowiązują regulaminy, zbiory praw i obowiązków. Być może niejednokrotnie dane nam było odczuć konsekwencje lekceważenia tych zasad. Niewątpliwie jednym z najboleśniej odczuwanych, jest skutek zaniedbywania obowiązków w pracy, kiedy pracownik odbiera wypowiedzenie. Podobnie jest z lekceważeniem przepisów ruchu drogowego. Płacenie mandatów nie należy do przyjemności. Jednak w przypadku zobowiązania, nad którym się zastanawiamy, nie tyle chodzi o rodzaj i wysokość wymierzonej kary, ale o osobę wobec której potwierdzamy gotowość przyjęcia obowiązków. Może to dziwnie zabrzmi, ale lekceważenie przepisów, regulaminów i ziemskich zobowiązań to drobnostka, wobec tego, co wypływa z zaniedbywania dwóch wspomnianych wcześniej umów. Niezależnie od treści zobowiązujemy się wobec Boga, Pana Wszechrzeczy, Stwórcy i Zbawiciela! To nie są żarty. Nawet, jeżeli my okażemy się mało poważni i nieodpowiedzialny, to On zawsze wszystko traktuje poważnie. Nie chodzi o straszenie, lecz o głębsze uświadomienie sobie nieuchronności poniesienia konsekwencji, płynących z lekceważenia Tego, wobec którego się zobowiązujemy [2].<br />
Jako rodzic i wychowawca bardzo wyraźnie dostrzegam jeszcze jeden aspekt rozpatrywanego zobowiązania. Tym razem jest on związany z treścią przymierza: „&#8230;przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nauczył Jezus Chrystus”. Wychowanie w wierze, wpojenie postawy ewangelicznej, myśląc mocno po ludzku, bardzo opłaci się rodzicom. Jest to przecież przekazywania bardzo jasnych i pozytywnych zasad, dzięki którym współistnienie we wszelkich wspólnotach staje się pokojowe, budujące, przyjemne i bezpieczne. Jeśli dzieci i młodzi ludzie nie nasiąkną tymi prawdami, bardzo szybko w ich miejsce „wcisną się” zasady, powodujące degradacje moralną, zburzenie pokoju, wzrost zagrożeń, wyniszczanie. Jak doskonale się orientujemy, pierwszymi, których dotkną konsekwencje tych zaniedbań są rodzice. Nie rzadko słyszy się (lub wypowiada) słowa: „dziecko/synu/córko, jak mogłeś/mogłaś nam to zrobić?”. Opłaci się dotrzymywać tego zobowiązania, starać się wypełniać jego treść i na każdym etapie swojego życia cieszyć się postawą wdzięczności swoich dzieci. A w przyszłości mieć w nich potrzebne oparcie.<br />
Kolejnym wielkim przywilejem, jaki płynie z tego zobowiązania jest nieustanna pomoc ze strony Boga w jego wypełnianiu. Bóg proponuje zasady, przestrzega, że ich lekceważenie uderzy przede wszystkim w samych rodziców, ale deklaruje stałe wspieranie zarówno rodziców jak i dzieci. Jest to istotą przymierza, jakie Stwórca zawarł ze swoim ludem. Oczekuje realizacji zasad i deklaruje nieograniczoną pomoc oraz zapewnia stałą opiekę. Taka zależność tego zobowiązania jest jednym wielkim pożytkiem dla człowieka. Najpierw dlatego, że Boże zasady same w sobie przyczyniają się do budowania ładu, pokoju, do rozwijania i realizacji dobra i miłości. A następnie ze względu na fakt pewnego źródła pomocy w ich wdrażaniu i realizacji. Są to wszystkie środki nadprzyrodzone, proponowane przez Kościół, będące w jego dyspozycji, dzięki którym jako osoby wierzące nie doświadczamy nigdy sytuacji bez wyjścia. Z Bogiem nie ma problemów bez rozwiązania.<br />
Warto pamiętać, że Stwórcy owo zobowiązanie do niczego nie jest potrzebne. Lekceważenie go przez rodziców, może tylko dlatego nie jest Bogu obojętne, że nierozważne postępowanie stworzeń zawsze sprawia Mu przykrość.<br />
Jeżeli rodzice przyjęli na siebie obowiązek przyjęcia potomstwa i wychowania go w wierze, nie powinni zapominać, że o pomoc w realizacji muszą stale prosić. Bóg deklaruje pomoc, ale nie naruszy wolności człowieka. Dlatego potrzebna jest nieustanna współpraca z Niebieskim Doradcą, głównie przez modlitwę, regularne praktyki i życie sakramentalne.</p>
<p>2. „Nie dajcie się zwieść”</p>
<p>W dalszej części cytowanej papieskiej wypowiedzi zamieszczone są słowa: „Nie dajcie się zwieść pokusie zapewnienia potomstwu jak najlepszych warunków materialnych za cenę waszego czasu i uwagi, które są mu potrzebne do wzrastania «w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi» (Łk 2,52)”.</p>
<p>Jako ojciec trójki dzieci nie lekceważę obowiązku zapewnienia im podstaw bytu materialnego. Podwijam rękawy i biorę się do pracy. Ich utrzymanie, ubranie, nakarmienie i wykształcenie to mój podstawowy obowiązek. Jednak zbyt często wielu rodziców błędnie myśli, że dzieci przede wszystkim potrzebują dobrych, markowych ciuchów i nowoczesnego sprzętu elektronicznego. Nierzadko całkowite zaangażowanie się w pracę zawodową i wielomiesięczne pobyty za granicą usprawiedliwiane są stwierdzeniem: „przecież robię to dla moich dzieci”. Niestety, gdyby zapytać dziecko, niezależnie od wieku, czy bardziej chcą nowych rzeczy, czy obecności rodzica, w zdecydowanej większości wybierze to drugie. Oczywiście są sytuacje, kiedy właśnie wyjazd z domu jest jedynym źródłem dochodu, ale trzeba taki stan traktować jako tymczasowy, będąc też znacznie mocniej wyczulonym na potrzebę bliskości, którą dziecko ma w sobie niezależnie od wieku.</p>
<p>Ojciec Święty wyraźnie zwraca uwagę na pokusę zapewnienia dzieciom jak najlepszych warunków materialnych. Rodzice bardzo często wiele dodatkowych zajęć zarobkowych podejmuję z przekonaniem, że chcą aby ich dzieci miały lepsze warunki życia, niż mieli oni sami. Wówczas bardzo łatwo wpaść w ślepy zaułek rozbudzania potrzeb, ciągłego niezaspokojenia, wzrostu oczekiwań. Warto w jakimś momencie trochę przyhamować i tak zwyczajnie policzyć, ile czasu w ciągu dnia poświęca się bezpośrednio dziecku. Nie można się oszukiwać i myśleć, że jeżeli ma ono wszystko, co potrzebuje z rzeczy materialnych, to jest się dobrym rodzicem. Dziecko potrzebuje bardzo konkretnego czasu. Pragnie, aby usiąść z nim na podłogę i pobawić się klockami, pograć w grę planszową, poczytać bajkę, pójść na spacer. Jest to jego niezbędny pokarm na każdym etapie życia. Jeżeli zacznie tego brakować, wcześniej lub później pojawia się konsekwencje. Brak czasu, uwagi i zainteresowania ze strony rodziców bardzo szybko wywołuje szukanie „pokarmu zastępczego”. Najpierw będzie to telewizja, komputer, później koledzy i koleżanki, którym się ufa bardziej niż rodzicom. W końcu długie wyjścia z domu, spędzanie czasu „gdzieś”, „z kimś”. Wielokrotnie dostrzega się brak tematów do rozmów, wzrastający dystans, chłód uczuciowy. Relacje ograniczają się tylko do wydawania poleceń i płacenia za różnorakie potrzeby.<br />
Wzrastanie w mądrości i łasce, a więc pełne kształcenie osobowości dziecka, wymaga bardzo konkretnego zaangażowania. Zapewnienie podstaw bytu materialnego to tylko mała część obowiązków rodzicielskich.</p>
<p>3. „Otoczcie je ciepłem waszej rodzicielskiej miłości”</p>
<p>W kolejnej części cytowanej wypowiedzi czytamy: „Jeśli chcecie obronić wasze dzieci przed demoralizacją i duchową pustką, które proponuje świat przez różne środowiska, a nawet szkolne programy, otoczcie je ciepłem waszej rodzicielskiej miłości i dajcie im przykład chrześcijańskiego życia”.<br />
Jako rodzice bardzo często przekonujemy się, że w codziennym życiu naszym dzieciom nie brakuje zewnętrznych zagrożeń. Niezależnie od tego, co my zaniedbujemy, jest jeszcze wiele zewnętrznych czynników, które mogą znacznie osłabić i zniekształcić osobowość dziecka. W przedstawionej wypowiedzi odnajdujemy bardzo prostą receptę na przekazywanie dziecku stałej dawki „środka uodparniającego” i sposób chronienia.</p>
<p>A. Rodzicielska miłość.<br />
Czas i uwaga to bardzo konkretny sposób otaczania ciepłem rodzicielskiej miłości. Ale konieczne jest jeszcze zapewnianie dziecka o tym, że jest kochane i najważniejsze. Nie może zabraknąć słów o miłości. One bardzo tego potrzebują w każdym okresie swojego życia. Potrzebują także przytulenia, odczucia fizycznej bliskości. Nie może także zabraknąć pochwał, dostrzeżenia wykonanej pracy plastycznej, uradowania się wywiązaniem się z obowiązków domowych. Dziecko bardzo chce czuć, że jest ktoś, komu na nim zależy, że jest komuś potrzebne, że rodzice uczestniczą w jego doświadczeniach. Na ten temat jest bardzo dużo literatury[3]. Zatrzymam się tylko na aspekcie miłości. Jest ona najważniejszą potrzebą każdego człowieka, ale dziecka szczególnie. Chce być ono kochane przez rodziców i chce mieć kogo kochać. Jest ona jego podstawową potrzebą. Ale miłość, jakiej dziecko potrzebuje jako gleby do najlepszego wzrostu, to nie uczucie, którym „oblewa” go rodzic. Owszem, tej także. Dlatego trzeba mu często powtarzać: „mama/ tato ciebie kocha”. Ono chce być kochane, chce o tym wiedzieć i to czuć, chce to słyszeć. Jednak najważniejszym źródłem miłości, właśnie tej, której dziecko najbardziej potrzebuje, jest miłość, jaką rodzice obdarzają się wzajemnie. Dziecko nade wszystko pragnie, aby tatuś kochał mamę, a mama tatusia! Jako ojciec, to, co najcenniejszego mogę dać moim dzieciom, to kochać ich matkę. Dlatego wielokrotnie powtarzam słowa: „najlepszą inwestycją dla dzieci jest inwestycja w swoje małżeństwo”.<br />
Miłość rodziców względem siebie jest najcenniejszym źródłem wszelkich pozytywnych uczuć dla dziecka. Jest to najskuteczniejszy „zbiornik”, z którego chce ono nieustannie czerpać, aby ładować swój „akumulator” emocjonalny i uczuciowy. Można zaryzykować twierdzenie, że jeżeli rodzice cały wysiłek włożą w rozwijanie i pielęgnowanie miłości małżeńskiej, wówczas nie muszą już tego wysiłku za wiele wkładać w formowanie osobowości dziecka. Może jest to zbyt ryzykowne podejście do spraw wychowania, ale jako mąż, rodzic i wychowawca coraz mocniej przekonuję się o jego prawdziwości. Uobecnianie miłości małżeńskiej, która jest konieczna do prawidłowego i pełnego rozwoju dziecka, wymaga konkretnego wysiłku. Jest to ze strony rodziców szereg konkretnych zachowań. Sam sposób zwracania się do siebie, szacunek, postawa służby, uznanie przez małżonków, że są dla siebie najważniejszymi osobami. To także widziane przez dzieci miłe gesty, przytulenia się, wypowiadane komplementy, zapewnienia o miłości. Takie zachowania i słowa tworzą w domu „aurę”, w której dziecko najlepiej się czuje, w której chce przebywać. Tworzą najbardziej optymalny klimat rozwoju. Dom taki przyciąga i nie wywołuje odczucia chęci ucieczki.</p>
<p>Nic nie zastąpi miłości rodziców względem siebie. Trzeba mieć pełną świadomość, że jeżeli wychowuje się dziecko w pojedynkę, wówczas nie otrzyma ono nigdy tego jednego konkretnego rodzaju miłości. Można „stawać na głowi”, obsypywać dziecko prezentami, bez przerwy mówić mu, że się je kocha. Nigdy to nie zaspokoi mu podstawowej potrzeby miłości, jaką jest uczucie rodziców względem siebie. Miłość jednego rodzica, jest tylko częścią miłości, koniecznej dla dziecka, ale nie tą najważniejszą. Jeżeli dziecko jest w „aurze” miłości, którą mają wobec siebie rodzice, otrzymuje wówczas wszystko, czego potrzebuje. Nie jest mu już wówczas konieczna miłość pojedynczego rodzica. Ale jeżeli jest wychowywane tylko przez mamę lub tatę, to jego miłość, nawet jeżeli będzie w najwyższym stopniu, nie dostarczy dziecku tego, co jest mu niezbędne. Muszą być tego w pełni świadomi rodzice samotnie wychowujące dziecko. Dlatego rozwód, odejście współmałżonków od siebie jest tak wielką tragedią dla dziecka, jest to „mała śmierć” dla niego. Nie z powodu utraty jednego z rodziców (często może się spotykać z jednym i drugim i jest przez nich zapewniane o miłości, obdarowywane kosztownymi prezentami), ale ze względu na utratę miłości rodziców względem siebie, utratę życiodajnego klimatu, utratę niezbędnego pokarmu, którego nic nie zastąpi.</p>
<p>Jest to szczególnie bolesna prawda, w przypadku odejścia jednego ze współmałżonków i utworzenia związku z inna osobą. Pozostawiony współmałżonek ma przekonanie o niezawinieniu, ale i odczucie wielkiej bezradności. Zostaje też świadomość, że od tej pory dziecku brakować będzie podstawowego pokarmu i źródła zaspokojenia jego potrzeb emocjonalnych i uczuciowych. Co wówczas? Jak ukazałem wyżej, rodzice wierzący, trwający w szczególnym przymierzu z Bogiem, mają zawsze możliwość znalezienia rozwiązania, nawet najtrudniejszych problemów. W takiej sytuacji, która może trwać już do końca życia (podobnie jest ze śmiercią jednego z rodziców), tę brakującą część uczucia, zrekompensować może tylko Bóg. Wymagać to będzie nieustannej współpracy, gorliwej modlitwy za dziecko, zawierzenia dziecka Bogu i Jego Matce. Trzeba w pewny momencie tak powiedzieć Niebieskiemu Ojcu: „Widzisz Panie co się stało. Nie zależnie od przyczyn i proporcji winy, mając pełną świadomość zła, które się dokonało, oddaję Tobie moje dzieci. Tylko Ty jesteś w stanie zaspokoić w pełni potrzebę brakującej miłości. Zrób to Boże i czyń tak zawsze”. Niezbędna będzie wręcz nieustanna modlitwa za dzieci, niepoliczalna ilość odmawianych Różańców. Ale tak trzeba i nie ma innego wyjścia. Bóg bardzo chętnie wysłuchuje próśb rodziców, ale z naszej strony nie może zabraknąć konkretnego wysiłku w postaci modlitwy, ofiary, życia sakramentalnego, wierności przykazaniom.</p>
<p>B. Przykład chrześcijańskiego życia<br />
Zgodnie ze słowami Papieża, obok miłości, drugim warunkiem ochrony dziecka przed zagrożeniami jest przykład rodziców. Bardzo często można spotkać się z przekonaniem, że za religijne wychowanie dziecka, za jego formację, stosunek do praktyk, nauczanie prawd wiary odpowiedzialni są księża i katecheci. Szczególnie mocno prawda ta uwidacznia się w okresie przygotowania dziecka do Uroczystości I Komunii Świętej. To my rodzice i tylko my zobowiązujemy się wobec Boga przekazać naszemu potomstwu zasady wiary. Kościół i katecheza wspiera nas w realizacji tego obowiązku, ale nie może tego zrealizować za nas. Jednak w istocie problemu nie chodzi o przerzucanie odpowiedzialności, tylko o rozumienie, że nic nie jest w stanie wpoić dziecku najważniejszych zasad skuteczniej jak przykład rodziców. Jest to najlepszy i najbardziej delikatny sposób kształcenia. Nie jest nawet potrzebne uczenie dziecka formułek i prawd. Wsiąkają one w delikatną osobowość naturalnie i niepostrzeżenie.</p>
<p>Uczenie modlitw najlepiej dokonuje się przez wspólne, głośne odmawianie ich w ramach modlitwy rodzinnej. Jeżeli rodzice razem z dziećmi klękają do wieczornego pacierza, w trakcie którego wypowiadają słowa znanych modlitw, urozmaicanych w zależności od czasu liturgicznego, wówczas dziecko bardzo łagodnie przyswaja je sobie. Modlitwa nawet z malutkim „szkrabem”, pozornie nie skupionym, kładącym się, baraszkującym na pościeli, jest wspaniałym i skutecznym sposobem wspólnego stawania przed Bogiem i formacji. W miarę dorastania dziecko włącza się do modlitwy, powtarzając ich treści wraz z rodzicami. W kolejnym etapie może ono już samo prowadzić wiele modlitw, czytać litanie, fragmenty Pisma Świętego. Nie zależnie od wieku dzieci, realizację modlitwy rodzinnej trzeba potraktować jako najważniejszy i podstawowy sposób formacji religijnej w rodzinie. Ale główną wartością takich działań jest przed wszystkim wspólne spotkanie z naszym Najlepszym Ojcem i codzienne zawierzanie mu swojego życia i konkretnych problemów. Jezus zapewnia, że wysłuchuje przed wszystkim takich modlitw, które zanoszone są we wspólnocie:</p>
<p>„ Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” ( Mt 18, 19-20).</p>
<p>Jest to ważna obietnica, którą małżonkowie i rodzie chrześcijańscy powinni odnieść do siebie i korzystać z niej codziennie, w każdej sytuacji, ale szczególnie w chwilach największych problemów. Być może, nie modląc się razem, zaniedbujemy możliwość skutecznej pomocy. W rodzinie nie powinno zabraknąć wspólnego wołania do Boga o znalezienie pracy, mieszkania, o jedność w małżeństwie, zdrowie i w wielu innych sprawach istotnych dla każdej rodziny.</p>
<p>„Bądźcie też świadomi- pisze w innym miejscu Jan Paweł II- że Pan wzywa was do nowej i głębszej współpracy. Powierza wam bowiem zadanie codziennego towarzyszenia tym dzieciom na drodze do świętości. Wy sami starajcie się być święci, abyście mogli je prowadzić do tego ostatecznego celu chrześcijańskiego życia. Nie zapominajcie, że świętość potrzebuje chrześcijaństwa wyróżniającego się przede wszystkim sztuką modlitwy”[4]. Przechodzimy tu już na wyższy poziom wymagań stojących przed rodzicami, mającymi dawać przykład chrześcijańskiego życia. Niezależnie od modlitwy realizowanej z dziećmi, dającej wspaniałe możliwości karmienia się strawą duchową całej rodzinie, będąca też ważnym elementem świadectwa, rodzice muszą stawać się święci! Punktem wyjścia do rozwijania w sobie takiej postawy jest osobisty stosunek rodzica do Boga.</p>
<p>W przeważającej większości ludzie żyjący na naszym globie uznają istnienie Boga. Nie jest możliwe trwanie w świadomości istnienia Boskiej Istoty nie potwierdzając tego konkretnymi zachowaniami. W znanym stwierdzeniu „wierzący nie praktykujący” zawarta jest sprzeczność. Z biologicznego punktu widzenia jest także sprzecznością pragnienie życia i rozwijania się bez dostarczania dla organizmu niezbędnych składników odżywczych. W odniesieniu do funkcji biologicznych „wierzący niepraktykujący” mogło by brzmieć: „żyjący nie jedzący”. Pojedyncza osoba, uznająca się za wierzącą, musi robić coś bardzo konkretnego, aby sobie i Bogu, którego istnienie uznaje, potwierdzać fakt wiary. Musi dostarczać sobie pokarmu duchowego, niezbędnego nie tylko do rozwoju, ale także do trwania w świadomości bycia wierzącym, uznawania Osoby, do której można się zwrócić w trudnych chwilach, szczególnie kiedy zawodzą ludzkie sposoby. Jeżeli człowiekowi zależy na rozwoju duchowym, na rozwijaniu swoich relacji z Bogiem, powinien realizować systematyczne działania, będące sposobem otwierania się na Bożą łaskę, na dostarczanie sobie pokarmu duchowego niezbędnego do życia. Coraz mocniej potwierdza się prawda, że nie tylko do życia duchowego. Obecność Boga w świadomości człowieka jest dla niego źródłem siły i nadziei niezbędnej we wszystkich dziedzinach egzystencji. Owo karmienie się pokarmem potrzebnym dla duchowego rozwoju odbywa się na różne sposoby. Ale najbardziej podstawowym jest modlitwa, czyli oddanie Bogu konkretnego odcinka czasu z ukierunkowaniem swoich myśli na Niego.</p>
<p>W zakresie religijnego wychowania dziecka, kiedy chcemy przekazać mu, wpoić wartości ewangeliczne, początkiem musi być modlitewne życie rodziców. Składa się na nie zarówno systematyczne czytanie Pisma Świętego, gorliwa modlitwa indywidualna i małżeńska, regularna spowiedź. Ale fundamentem tych wszystkich praktyk, które realizujemy w domu, jest systematyczny udział w Mszy św. Wielokrotnie spotykamy się z sytuacją posyłania dziecka do kościoła. Jest to wielkie nieporozumienie. W dłuższej perspektywie takie postępowanie nie przyniesie żadnego efektu. Dziecko ma chodzić do kościoła nie dlatego, że tak każą rodzice, ale z powodu naturalnej potrzeby, którą przejmuje od rodziców, poprzez wspólny z nimi udział w niedzielnej Uczcie Eucharystycznej i w czasie innych świąt.</p>
<p>Przykład rodziców, w rozwijaniu potrzeby dążenia do świętości, przejawiać się musi także w uznaniu Kościoła i jego nauki, życiu zgodnym z zasadami moralnymi, uznaniu autorytetu hierarchii kościelnej. Relatywizm w postawie rodziców, czyli wybieranie sobie takich zasad, które odpowiadają i odrzucanie niewygodnych, z jednoczesnym krytykowaniem duchowieństwa, jest postawą bardzo niebezpieczną i gorszącą, jest antyświadectwem. Jako osoby obdarzone wolna wolą możemy postępować zgodnie z własnymi odczuciami, ale deklarując się jako wierzący, przyjmując sakramenty i obdarowując nimi swoje dzieci, musimy stawiać sobie wysokie wymagania. Pamiętając także o zobowiązaniach wobec Boga, ale może przede wszystkim o wielkim dobrodziejstwie, jakie płynie dla rodziny ze stałej współpracy ze Stwórcą, działającym przez Kościół.</p>
<p>Ojcze, to wielkie i trudne zobowiązanie. Zapewne nie do końca byliśmy świadomi, tego, jakiego zadanie się podejmujemy, ale jako Twoje dzieci, nie musimy się obawiać, że coś zepsujemy. Przecież zawsze Jesteś obok nas. Bardzo Ci dziękujemy, za nasze kochane maleństwa, za ten wielki dar i owoc naszej miłości, za wielki skarb, którym nas obdarowałeś. Pomagaj tak żyć, abyśmy tego skarbu nie zmarnowali. Amen.</p>
<p>[1] Homilia Ojca Świętego, Zakopane, 7 czerwca 1997r.</p>
<p>[2] Por. L.R. Llorente, „Chrzest, radość wiary”, Kraków 2002 r., s. 71-74.</p>
<p>[3] Polecam szczególnie: R. Campbell, „Twoje dziecko potrzebuje ciebie”, Kraków 1990 r. , „Twój nastolatek potrzebuje ciebie”, Kraków 1991 r.</p>
<p>[4] Jan Paweł II, „Prowadźcie wasze dzieci do świętości”, L’Osservatore Romano, 3/2003 r., s. 26.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://malzenstwo.zw.pl/?feed=rss2&amp;p=74</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Powołanie do małżeństwa</title>
		<link>http://malzenstwo.zw.pl/?p=72</link>
		<comments>http://malzenstwo.zw.pl/?p=72#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 22 Sep 2009 09:26:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wykłady rodzinne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://malzenstwo.zw.pl/?p=72</guid>
		<description><![CDATA[Powołanie do małżeństwa jest pierwszym powołaniem każdego człowieka, jest prapowołaniem, z którego tworzą się wszelkie inne rodzaje powołań. Każdy człowiek powołany jest najpierw do małżeństwa. Taki jest odwieczny porządek ustanowiony przez Boga.
1.     Problem pojęciowy
Powinno się skończyć z mówieniem o kryzysie rodziny, o wartości rodziny, o duszpasterstwie rodzin, o konieczności pomocy rodzinie. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Powołanie do małżeństwa jest pierwszym powołaniem każdego człowieka, jest prapowołaniem, z którego tworzą się wszelkie inne rodzaje powołań. Każdy człowiek powołany jest najpierw do małżeństwa. Taki jest odwieczny porządek ustanowiony przez Boga.</p>
<p>1.     Problem pojęciowy<br />
Powinno się skończyć z mówieniem o kryzysie rodziny, o wartości rodziny, o duszpasterstwie rodzin, o konieczności pomocy rodzinie. Rodzina jest wspólnotą wtórną, jest owocem małżeństwa. Stwórca od początku powołał do istnienia człowieka w małżeństwie, a dopiero z niego powstała rodzina. Mamy więc do czynienia z kryzysem małżeństwa, z wartością małżeństwa, z koniecznością podjęcia działań zmierzających do podniesienia poziomu rozumienia istoty małżeństwa. Przestawienie akcentów i zamiana pojęć jest konieczne także z tego powodu, że używanie terminu rodzina, tam , gdzie w zdecydowanej większości chodzi o małżeństwo, powoduje zakrywanie istoty, odchodzenie od niej, zapominanie. Jan Paweł II  nauczał: „Rodzina jest instytucją, u podstaw której stoi małżeństwo. Nie można w życiu wielkiego społeczeństwa ustawić prawidłowo rodziny, nie ustawiając prawidłowo małżeństwa. Nie znaczy to jednak, że małżeństwo należy traktować tylko i wyłącznie jako środek do celu, którym jest rodzina. Jakkolwiek bowiem małżeństwo naturalną drogą prowadzi do jej zaistnienia i powinno być na nią otwarte, to jednak przez to samo małżeństwo bynajmniej nie zatraca się w rodzinie. Zachowuje ono swą odrębność jako instytucja, której wewnętrzna struktura jest inna, różna od wewnętrznej struktury rodziny”. [1]</p>
<p>2.     Uzasadnienie biblijne<br />
„We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem i łoże nieskalane, gdyż rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg” ( Hbr 13,4).<br />
Owo „we czci”, greckie  τίμίος ( timios) znaczy: drogocenne, szacowne, drogie, otoczone czcią.<br />
Święty Piotr używa tego słowa, kiedy pisze nam o wartości krwi Chrystusa:<br />
      „Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach, złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1 P 1, 18-19).<br />
Natomiast św. Paweł w znanym tekście zwanym „Mistyką małżeństwa” dodaje: „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” ( Ef 5,31-32).<br />
Dowiadujemy się z tych tekstów, że sakramentalny związek mężczyzny i kobiety jest tak cenny jak drogocenna krew Chrystusa i tak swięty jak Najświętszy Sakrament.<br />
Dlaczego jest tak cenne, dlaczego ma taką wartość? Bo takim stworzył je Bóg: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” ( Rdz 1, 27-28).<br />
W Talmudzie znajdujemy następujący komentarz do tego fragmentu:<br />
·         „Osoba nie pozostająca w małżeństwie żyje bez radości, bez błogosławieństwa, bez dobra”<br />
·        „ Nieżonaty mężczyzna nie jest w pełni człowiekiem”<br />
·        „Znalezienie sobie żony jest rzeczą tak ważną, że człowiekowi wolno sprzedać zwój Tory w celu zawarcia małżeństwa”<br />
·        „ Domem mężczyzny jest jego żona”</p>
<p>3. Wnioski:<br />
1. Człowiek od początku zaistniał nie jako pojedyncza osoba, lecz jako małżeństwo[2].<br />
2.  Małżeństwo jest najlepszą płaszczyzną realizacji głównego zadania, jakie staje przed każdym człowiekiem- stawanie się na obraz i podobieństwo Boże.<br />
3. Jest najlepszą płaszczyzną realizacji wszelkich zasad ewangelicznych, szczególnie Przykazania Miłości Boga i bliźniego[3].<br />
4. Nosimy w sobie predestynację, naturalny przymus życia w małżeństwie[4]. </p>
<p>W tym miejscu rodzi się pytanie: Co z osobami żyjącymi z celibacie i w samotności? Na tę wątpliwość odpowiedź dał Jezus:<br />
„Rzekli Mu uczniowie: «Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić».  Lecz On im odpowiedział: «Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane. Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje»” (Mt 19,10-12).<br />
     Jest to fragment wymagający szerszego rozwinięcia.<br />
Kwestie poruszone przez Jezusa w rozmowie z faryzeuszami, szczególnie podkreślenie nierozerwalności małżeństwa, jako jedności stworzonej przez Boga, przerosły uczniów[5]. Wzrastając w wielowiekowej tradycji byli przekonani, że we wręczeniu listu rozwodowego nie ma żadnej nieprawidłowości. Kiedy jednak wysłuchali wyjaśnienia Jezusa uświadomili sobie wartość małżeństwa i wielkość własnego powołania. Dlatego wielu uznało, że prościej jest nie wchodzić w związek małżeński. Dopowiedzenie Jezusa okazało się konieczne, chociaż z dwukrotnym zastrzeżeniem, że prawda ta jest bardzo trudna do zrozumienia, a tym bardziej do zrealizowania. Wyrażenia: „Nie wszyscy to pojmują” oraz „Kto może pojąć, niech pojmuje”, stanowią klamrę spinającą zasadniczą treść wyjaśnienia. Musimy to odczytywać, jako podkreślenie, że powołanie do małżeństwa i rezygnacja z niego jest szczególnym sposobem działania łaski Bożej, jest tajemnicą, której odkrywanie musi dokonywać się poprzez bardzo intensywną współpracę ze Stwórcą.<br />
W zasadniczej części wypowiedzi wyróżnić można kilka istotnych szczegółów. Najpierw stwierdzenie: „Bo są niezdatni do małżeństwa”. Zgodnie z tymi słowami, sięgając także do wypowiedzi wcześniejszej: „Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę”, słyszymy przypomnienie, że wszyscy ludzie powołani są do życia w małżeństwie. Człowiek został stworzony nie jako pojedyncza osoba, ale jako małżeństwo (por. Rdz 1, 27-28). Wszyscy są do niego predysponowani, są uzdolnieni, posiadają naturalne możliwości, ale także naturalny przymus do życia w takiej formie. Wymieniając kategorie osób niezdolnych do małżeństwa Jezus wyłącza je poza nawias, oddziela od całości, którą stanowią osoby żyjące w monogamicznych związkach małżeńskich.<br />
„Są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni”.<br />
Jezus dotyka tu bardzo delikatnej kwestii powołanie do służby Bożej w postaci dobrowolnej rezygnacji z małżeństwa. Najpierw podkreśla, że wszyscy w naturalny sposób predysponowani są do życia w związku małżeńskim, ukazując jednocześnie wielką wartość takiej relacji, wynikającej z faktu stworzenia jej od początku. Ale w tym miejscu swojego nauczania podkreśla, że z tej wartości można czasami świadomie zrezygnować. Jest to wyjątkowy rodzaj niezdolności. Jest to złożenie Bogu ofiary z siebie, rezygnacja z części swojej natury na rzecz królestwa niebieskiego. Punktem wyjścia do realizacji takiej formy bezżenności jest świadomy wybór. Najpierw musi nastąpić uzmysłowienie sobie wartości małżeństwa, odczucie naturalności przymusu życia w takim związku, naturalności posiadanych predyspozycji i piękna takiego stanu. Uświadomienie sobie, że jest to najlepszy, najbardziej optymalny grunt rozwoju w człowieku najszlachetniejszych cech. Dopiero w sytuacji, kiedy rozumie się już, jaką wartością jest małżeństwo, może nastąpić świadoma decyzja rezygnacji z tej rzeczywistości i zgodzenie się, aby Bóg wypełnił tę przestrzeń, którą w małżeństwie wypełnia współmałżonek. Bez uświadomienia sobie wartości małżeństwa, nie jest się w stanie podjąć świadomej decyzji o bezżenności dla królestwa niebieskiego. Tu także możemy mówić o niezdolności psychicznej i emocjonalnej do stanu duchownego, spowodowanej okaleczeniem w wyniku nieudanego związku małżeńskiego rodziców celibetariusza. Trzeba mieć tego jasną świadomość: pełna decyzja o rezygnacji z małżeństwa możliwa jest dopiero po uświadomieniu sobie wartości związku mężczyzny i kobiety. Składając Bogu dar trzeba być świadomym tego, co się ofiarowuje. Wówczas taka decyzja ma pełną wartość i jest niezagrożona, albo zagrożona w bardzo małym stopniu. Warto w przypadku kryzysu wartości powołań zapytać o stan świadomości istoty małżeństwa, o warunki wzrastania młodego człowieka, o wartości obrazu związku małżeńskiego przekazanego mu przez rodziców. Jeżeli nie jest z tym najlepiej, warto w trakcie kształcenia osób przygotowujących się do życia w bezżenności podjąć głęboką formację z zakresu przybliżenia wartości i wielkości powołania małżeńskiego, aby były one  w pełni świadome z czego rezygnują i jak wielką wartość ma ich ofiara. </p>
<p>4. Wartość kapłaństwa<br />
Na tym tle możemy podjąć refleksję nad wartością stanu duchownego. Wartość kapłaństwa, czy może nawet wyższość tego stanu (ale także każdej innej formy życia konsekrowanego) w tym się wyraża, że składa się Bogu dar z największej wartości, jaką człowiek dysponuje: dar ze swojego małżeństwa. Największą wartością dla każdego człowieka jest małżeństwo, do którego został stworzony i do którego w naturalny sposób jest w pełni predysponowany. Małżeństwo jest także największą wartością z tego powodu, że stanowi najbardziej optymalny grunt dla rozwoju i realizacji najwznioślejszych wartości. Jest płaszczyzną umożliwiającą zaistnienie na obraz i podobieństwo Boga poprzez realizację przykazania miłości. Szczególnie drugi opis stworzenia człowieka potwierdza to twierdzenie. Sam Bóg dostrzega, że człowiekowi potrzebna jest pomoc, niezbędna jest mu obecność drugiej osoby, aby miał wobec kogo realizować najwznioślejsze ideały, aby miał za kogo oddawać życie, komu służyć (por. Rdz 2,18-20).<br />
Decydując się na bezżenność dla królestwa niebieskiego rezygnuje się z małżeństwa, dokonuje się świadomego wyboru, ale nie między dwoma drogami, dwoma możliwościami. Nie ma dwóch dróg, dwóch możliwości realizacji powołania do życia. Jest tylko jedna droga:  życie w małżeństwie. Do tej formy powołani są wszyscy. Tak Bóg zaplanował od początku, stwarzając człowieka na swój obraz, nie w pojedynkę, lecz w tej konkretnej wspólnocie:<br />
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” ( Rdz 1, 27-28). Prawdę tę potwierdza Jezus w stwierdzeni: „Bo są niezdolni do małżeństwa&#8230;”, zaznaczając, że wszyscy powołani są do życia w małżeństwie, a tylko niektórzy są niezdolni to tego stanu (o czym już pisałem wyżej). Jest tylko taka droga i jest to element doskonałości stworzenia. Całe dzieło stworzenia dlatego jest bardzo dobre, jest doskonałe, że, jako tak stworzone, opiera się na monogamicznym związku mężczyzny i niewiasty, na doskonałej i fundamentalnej wspólnocie ludzi połączonych pobłogosławionym związkiem, będącej podstawą wszelkich relacji międzyludzkich. Trzeba mieć tego jasną świadomość: zostaliśmy stworzeni do życia w małżeństwie, do tego jesteśmy predestynowani na płaszczyźnie duchowej, psychicznej, uczuciowej i biologicznej. Decydując się na bezżenność, wiedząc, że jest się przeznaczonym do małżeństwa, składa się świadomie Bogu dar z największej wartości, jaką się posiada, ze swojego małżeństwa (przyszłego). Jest to najcenniejszy dar, jaki człowiek może Bogu ofiarować. Jest to dar cenniejszy od życia. Życie się posiada, jest się żywym, więc nie można złożyć Bogu daru z życia, pozostając żywym, chyba, że będzie to męczeńska ofiara. Natomiast wiedząc, że jest się stworzonym do małżeństwa, rozumiejąc, że nie ma lepszej drogi życia dla człowieka, ma się możliwość zrezygnowania z tej drogi, dla tego konkretnego celu: dla królestwa niebieskiego.<br />
W tym znaczeniu jest to droga doskonała, gdyż opiera się na doskonałej ofierze, na darze z najdoskonalszej wartości, jaką dysponuje człowiek. Doskonałość Jezusa i w tym się wyrażała, że jako mężczyzna powołany do małżeństwa, zrezygnował On z tej formy, złożył Ojcu dar ze swojego małżeństwa (a więc i ojcostwa biologicznego). Wówczas, pozostając uzdolnionym do małżeństwa i rodzicielstwa, wchodzi się w takie relacje, ale na płaszczyźnie duchowej. W tym znaczeniu kapłaństwo jest czymś wyższym od małżeństwa, bo jest stanem zaistniałym przez złożenie daru z małżeństwa.<br />
Nie jest to inna droga, lecz wyższy poziom tej samej drogi, drogi życia małżeńskiego. Wszyscy idą tą droga, realizują tę fundamentalną formę powołania, na której w pewnym momencie można, mając głęboką świadomość wartości małżeństwa, złożyć z niego Bogu dar doskonały. Stając się wówczas bezżennym, pozostając na tej drodze, wchodząc na wyższy jej poziom. W konsekwencji doprowadza to do zaistnienia na tej jednej drodze funkcji, której celem jest służenie wszystkim małżeństwom. Można zaryzykować stwierdzenie, że cała misja Kościoła, rozpowszechnianie Królestwa Bożego, prowadzenie do zbawienia, realizacja wszystkich ideałów ewangelicznych dokonuje się w małżeństwie, przede wszystkim i najpierw w nim (z niego w naturalny sposób przenika na inne płaszczyzny życia międzyludzkiego). Dlatego wszelkie formy życia w bezżeństwie dla Królestwa, istnieją po to, aby służyć małżeństwom, wspierać je w realizacji swojej misji i powołania.<br />
Można również w małżeństwie ponosić bardzo wielkie ofiary, ale najwyższym poziomem ofiary w małżeństwie jest rezygnacja z niego dla Królestwa Bożego. </p>
<p>5. Inna droga<br />
 W wyjątkowych przypadkach rezygnacja z małżeństwa nie musi być związana z podjęciem życia konsekrowanego. Jeżeli osoba decyduje się na rezygnację z małżeństwa na rzecz obiektywnego dobra, poświęcając się jakiemuś dziełu, ze świadomością, że jest to wielka misja, której realizacja nie była by możliwa w połączeniu z życiem małżeńskim i ze stratą dla tego życia, wówczas także możemy mówić o bezżenności dla Królestwa. Ale trzeba mieć świadomość, że nie jest to ucieczka przed małżeństwem z powodu lęków i, że cel, dla którego się poświęca jest rzeczywiście wielkim dobrem, dla którego można poświęcić małżeństwo. Jest to kwestia bardzo delikatna, dlatego Jezus podkreśla, że nie jest łatwo zrozumieć wszystkich szczegółów tej problematyki, ale szczególnie tajemnicy Bożego powołania. Nie jest łatwo, ale nie jest to niemożliwe. Można to zrozumieć, podejmując bardzo intensywną współpracę z Bogiem, starając się pojąć dzięki mądrości, mającej swoje źródło w Bogu. Nigdy nie przez wysiłek tylko samego ludzkiego umysłu.<br />
Przedstawiona refleksja nie wyczerpuje problemu, może jednak przyczynić się do poszerzenia spojrzenia na wartość powołania do małżeństwa i stanu duchownego. W obliczu kryzysu małżeństwa, coraz częściej przejawiającego się w rezygnacji z tej drogi, konieczne jest podejmowanie głębokiej refleksji nad jego wartością, także z perspektywy życia w bezżenności.</p>
<p>Wracamy do wniosków płynących z opisu stworzenia małżeństwa:<br />
5. Małżeństwo jest najlepszym gruntem rozwoju i funkcjonowania człowieka na każdej płaszczyźnie i we wszystkich dziedzinach. Warunkuje jakość tego, co robimy, warunkuje sukcesy we wszystkich dziedzinach życia. Od jakości małżeństwa zależy jakość rodziny, narodu, parafii, Kościoła.<br />
     6. Jest warunkiem rozwoju i jakości całej społeczności, także na płaszczyźnie ekonomicznej: „Podstawą rozwoju ekonomicznego społeczeństwa jest trwałe, monogamiczne, heteroseksualne małżeństwo, koncentrujące się na inwestycjach „specyficznych”. Najoczywistszym i najczęstszym przykładem takich inwestycji „specyficznych” stanowią dzieci” [6].<br />
      7. Od jakości małżeństwa zależy ilość i jakość powołań: „W dzieciach moralnie osieroconych nie zdołają się rozwinąć ziarna powołania. Jeżeli jednak (rodzina) będzie rzeczywiście „domowym Kościołem”, a więc miejscem w którym Jezus Chrystus żyje i  działa, będziecie taż jakby pierwszym seminarium, gdzie dzieci będą mogły uczyć się pobożności, modlitwy i miłości do Kościoła oraz otrzymają solidną formację ludzką, która jest fundamentem całej formacji kapłańskiej”[7].<br />
8. Warunkuje rozwój i funkcjonowanie dzieci i młodzieży na wszystkich płaszczyznach, dlatego „Najlepszą inwestycją dla dzieci jest inwestycja w swoje małżeństwo”, ale też: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie w nich małżonków miłowanie”.<br />
Miłość rodziców względem siebie jest najcenniejszym źródłem wszelkich pozytywnych uczuć dla dziecka. Jest to najskuteczniejszy „zbiornik”, z którego chce ono nieustannie czerpać, aby ładować swój „akumulator” emocjonalny i uczuciowy.</p>
<p>Karol Wojtyła, „Miłość i odpowiedzialność”, Lublin 2001r, s.194-195.</p>
<p>[2] „Człowiek stał się ‘obrazem i podobieństwem’ Bożym nie tylko przez swoje człowieczeństwo, lecz także przez komunię osób, którą mężczyzna i kobieta tworzą od samego początku. Człowiek staje się obrazem Bożym nie tyle w momencie samotności, ile w momencie komunii”, Jan Paweł II, katecheza podczas audiencji generalnej, 14.11.1979r., cyt. za: ”Sprawy rodziny”, 76/4/2006r., s.17</p>
<p>[3] „Małżeństwo i rodzina stanowią pierwszą płaszczyznę zaangażowania społecznego katolików świeckich”, Jan Paweł II, Christifideles laici”, p.23.</p>
<p>[4] „Jesteśmy genetycznie zaprogramowani do małżeństwa i rodzicielstwa- twierdzą naukowcy”, Allan C. Carlson, szef Międzynarodowego Komitetu Przygotowawczego Światowego Kongresu Rodzin, „Drogie dzieci”, Ozon, nr 19, (56), maj 2006r.</p>
<p>[5] Por. bp K. Romaniuk, o. A. Jankowski, ks. L Stachowiak, Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu, Poznań- Kraków 1999 r., s. 113.</p>
<p>[6]„,Gary S. Becker, nagroda Nobla z ekonomii w 1992 r. za: „Ekonomiczną teorię zachowań ludzkich”. W tym: Teoria małżeństwa.</p>
<p>[7]  Jan Paweł II, Orędzie na XXXI Światowy Dzień Modlitwy o Powołania, 26.12.1993r.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://malzenstwo.zw.pl/?feed=rss2&amp;p=72</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mąż marnotrawny</title>
		<link>http://malzenstwo.zw.pl/?p=70</link>
		<comments>http://malzenstwo.zw.pl/?p=70#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 22 Sep 2009 09:26:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wykłady rodzinne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://malzenstwo.zw.pl/?p=70</guid>
		<description><![CDATA[Bezpośrednią inspiracją do napisania poniższej refleksji stała się treść przypowieści „O synu marnotrawnym”. Ten znany teks, zapisany przez św. Łukasza, stanowi ciągle zachętę do zastanawianie się nad swoim życiem, nad miejscem przebywania, stanem wewnętrznym. Niewątpliwie bardzo dużo wskazań znajdują w nim rodzice i wychowawcy. Jednak okazuje się, że także małżonkowie mogą w tym opowiadaniu odnaleźć [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Bezpośrednią inspiracją do napisania poniższej refleksji stała się treść przypowieści „O synu marnotrawnym”. Ten znany teks, zapisany przez św. Łukasza, stanowi ciągle zachętę do zastanawianie się nad swoim życiem, nad miejscem przebywania, stanem wewnętrznym. Niewątpliwie bardzo dużo wskazań znajdują w nim rodzice i wychowawcy. Jednak okazuje się, że także małżonkowie mogą w tym opowiadaniu odnaleźć czytelne recepty na rozwiązanie wielu problemów swojego stanu. Zatrzymajmy się na krótkim fragmencie:</p>
<p>„Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie” ( Łk 15, 13).</p>
<p>Z tekstu tego i dalszych stwierdzeń dowiadujemy się, że ów młodszy syn po pewnym czasie przebywania poza domem popadł w stan wielkiego upadku moralnego, który ojciec po powrocie nazwał jednoznacznie: „był umarły, zaginął” ( Łk 15, 32). Dziś możemy powiedzieć, że żył on w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawiony możliwości zbawienia. W bardzo podobnej sytuacji znajduje się każdy współmałżonek po zdradzie, po odejściu z inną osobą, zwracając się w stronę grzechu, nałogu, innych wartości niż zapisane w Ewangelii. Owo odejście nie koniecznie musi być fizycznym opuszczeniem domu. Może to być wyjście ze świata wartości i życie w świecie bez Jezusa, wejście w ciemność grzechu. Brzmienie tytułu opracowania wynika z faktu, że zdecydowanie częściej w małżeństwie osobą odchodzącą jest mąż. Jak wykazuję w innych tekstach nie jest to przypadek. Mężczyzna z racji swoich naturalnych predyspozycji, żyjąc raczej w świecie, dążąc do zaspokojenia swoich ambicji poza domem, jest bardziej narażony na pokusy zaangażowania się w związki z innymi kobietami. Wynika to także z istnienia u mężczyzny biologicznego mechanizmu rodzenia się zainteresowania kobietą poprzez zmysł wzroku.  Co w określonych sytuacjach, znacznie częściej niż kobietę, naraża mężczyznę na odczuwanie niebezpiecznych pokus pogłębiania znajomości, za względu na dostrzeganą atrakcyjność kobiety. </p>
<p>Żyjąc w stanie duchowego i fizycznego upadku zagubiony syn wzbudza w sobie głęboką refleksję: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie” ( Łk 15, 18). Był to moment całkowitego wewnętrznego przeobrażenia, od którego zaczęła się droga fizycznego powrotu. Jednak głównym warunkiem takiej decyzji w świadomości młodzieńca była pewność, że ojciec ciągle na niego czeka! Syn tylko dlatego mógł pomyśleć, że wyruszy w drogę powrotną, gdyż wiedział, że jest gdzieś tam daleko dom rodzinny, miejsce, do którego może powrócić, a w nim czekająca na niego osoba. Być może ojciec w jakiś sposób potwierdzał gotowość przyjęcia syna pod dach domu rodzinnego, możliwe, iż wysyłał służbę z zapewnieniami, że tęskni i czeka. Istnieje także duże prawdopodobieństwo, iż w czasie pożegnania ojciec powiedział odchodzącemu synowi to bardzo ważne stwierdzenie: „Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić, będziemy na ciebie czekać, cokolwiek zrobisz będziemy cię kochać i tęsknic za tobą, będziemy się za ciebie modlić”.   Być może ta świadomość i pamięć wypowiedzianych słów ułatwiły podjęcie decyzji o powrocie. Nie można zlekceważyć także ewentualności, że ojciec wiele czasu poświęcał na modlitwę, prosząc Dobrego Boga o wpłynięcie na postawę syna, o jego nawrócenie, powstanie z upadku, powrót.</p>
<p>Podobnie sytuacja może wyglądać w małżeństwie. Współmałżonek, od którego odeszła ukochana osoba ( odeszła fizycznie lub duchowo, np. w grzech, nałóg) musi się nieustannie modlić o powrót, ale także zapewniać, że ten zagubiony zawsze może wrócić,  że jest kochany i oczekiwany. Zapewnienia, w miarę możliwości, powinny być kierowane słownie, ale także przez stworzenie w domu atmosfery oczekiwania, nie odepchnięcia. Konieczne jest także zapewnianie o wybaczeniu, gotowości pomocy w powstaniu. Wówczas, jeżeli w świadomości osoby, która odeszła pojawi się delikatne odczucie chęci zmiany sytuacji, powstania, „zabrania się i pójścia”, będzie ono potęgowana myślą, że  są osoby, które czekają, że istnieje miejsce, do którego można wrócić. </p>
<p>Jakże często interpretujemy tę przypowieść w odniesieniu do dziecka, osoby wychodzącej ze wspólnoty, zdradzającej jakieś wartości, rzadko dostrzegając w niej zachętę do przyjęcia właściwej postawy wobec zagubionego współmałżonka. Syn marnotrawny może być typem odchodzącego męża, zamieszkującego z inną kobietą, trwoniącego pieniądze, ale i mozolenie gromadzony majątek duchowy, zamieniającego w ruinę wewnętrzne bogactwo żony, dzieci i całej rodziny, niszczącego sobie i najbliższym opinię w środowisku, stając się powodem zgorszenia.  Natomiast ojciec może być wzorem żony, bardzo zranionej, ale czekającej, bezwarunkowo wybaczającej, nie czyniącej wyrzutów, modlącej się i  zapewniającej o gotowości przyjęcia małżonka pod dach. Współmałżonek zagubiony często dopuszcza do siebie nieśmiałą myśl o powrocie, ale nie znajduje motywacji, słysząc wyrzuty, wiedząc o zamkniętych przed nim drzwiach, a być może o zajęciu jego miejsca przez inną osobę. Niestety postawa czynienia wyrzutów współmałżonkowi, odrzucanie go, kierowanie pod jego adresem złości, jest postawą starszego syna z przypowieści. A adresatem wyrzutów jest w istocie sam Bóg, który przebacza największemu grzesznikowi, jeżeli ten uznaje swoją winę i wyraża chęć powrotu na drogę Przykazań. To właśnie Ojciec Niebieski zachęca skrzywdzonego współmałżonka do przyjęcia z otwartymi ramionami powracającego krzywdziciela, do przywrócenia do wcześniejszej godności, włożenia na palec obrączki, wyeksponowania zdjęcia ślubnego. Zachęca do rozpoczęcia wszystkiego od nowa, radowania się z powrotu, do wyprawienia uczty. Może ona mieć wymiar ponownej uczty weselnej z zaproszeniem gości, aby radość z nawrócenia nabrała wymiaru publicznego, jako zademonstrowanie na zewnątrz radości wewnętrznej, ale i formą zadośćuczynienia po dokonaniu publicznego zgorszenia.  Taka uczta jest też zachętą dla środowiska do podobnego postępowania, do wybaczania, wyczekiwania, traktowania osoby zdradzającej, jako wartościowej i kochanej. Jest też wyrażeniem radości z powodu ponownych narodzin już nie tylko dla domu, dla rodziny, dla małżeństwa, ale przede wszystkim narodzin dla nieba: „Był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się” ( Łk 15, 24). Nie może być większego powodu do radości i ucztowania, jak powrót człowieka do życia z Jezusem, powrót do życia sakramentalnego i „zmartwychwstanie” małżeństwa.</p>
<p>Cała przypowieść, a szczególnie postawa ojca,  jest zachętą dla zranionego współmałżonka do wybaczenia, czekania, wytrwałości, zachętą do zapewniania o miłości, stwarzania w domu atmosfery wyczekiwania. Jest zachętą do informowania tej zagubionej osoby o czekaniu, miłości, wybaczeniu, tęsknocie. Można tu także odnaleźć wzór postawy, jaką trzeba przyjąć po powrocie, nie czynienia wyrzutów, nie oczekiwania rekompensaty, zapomnienia o krzywdach i wielkiego radowania się.</p>
<p>Taka postawa nie jest łatwa. W przypadku zdrady i odejścia jawi się wręcz jako nie możliwa do osiągnięcia. Jednak małżeństwo sakramentalne zawsze ma w bezpośredniej bliskości Jezusa, gotowego pomagać, dodającego nadziei, ukazującego możliwość wyjścia nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji. Po odejściu współmałżonka Jezus pozostaje i można prosić Go o powrót, nawrócenie, przejrzenie, ale także o umiejętność pełnego wybaczenia, o pomoc w zapomnieniu krzywd, pokochaniu na nowo. Z Jezusem jest to możliwe. Wówczas będzie On wyraźnie obecny w kolejnej Kanie Galilejskiej, wraz ze swoją Matka i uczniami, którymi w takiej sytuacji stają się sami małżonkowie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://malzenstwo.zw.pl/?feed=rss2&amp;p=70</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Do czego powołana jest rodzina?</title>
		<link>http://malzenstwo.zw.pl/?p=68</link>
		<comments>http://malzenstwo.zw.pl/?p=68#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 22 Sep 2009 09:25:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wykłady rodzinne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://malzenstwo.zw.pl/?p=68</guid>
		<description><![CDATA[Do czego powołana jest rodzina?
Zagadnienie powołania jest w tym roku wnikliwie analizowane. Jako mąż i ojciec pragnę zastanowić się nad celem mojego życia tu na ziemi, nad zadaniem  jakie postawił przede mną Stwórca.  Chciałbym, aby ta refleksja pomogła wszystkim w odkryciu i realizacji piękna i wielkości głównego powołania osób świeckich.
Jako punkt wyjścia musimy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Do czego powołana jest rodzina?</p>
<p>Zagadnienie powołania jest w tym roku wnikliwie analizowane. Jako mąż i ojciec pragnę zastanowić się nad celem mojego życia tu na ziemi, nad zadaniem  jakie postawił przede mną Stwórca.  Chciałbym, aby ta refleksja pomogła wszystkim w odkryciu i realizacji piękna i wielkości głównego powołania osób świeckich.<br />
Jako punkt wyjścia musimy przyjąć starożytny tekst biblijny, zapisany ponad trzy tysiące lat temu, a dziś będący bardzo aktualnym. Ciągle się nim zachwycam i odkrywam kolejne płaszczyzny treści, które trzeba znać, może właśnie szczególnie w 2007 roku. Oto ten tekst:<br />
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»” (Rdz 1, 27-28).</p>
<p>Miłość</p>
<p>Najpierw musimy się ucieszyć, że jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boże. To fascynująca prawda pozwalająca łagodzić wiele napięć spowodowanych odczuciem niedosytu, zawiedzionych oczekiwań ze strony współmałżonka, dziecka. Najbliższe mi osoby: moja żona, moje dzieci są obrazem Boga! Dobry Ojciec zna je doskonale, wie o ich (i moich także) wadach, niedoskonałościach i kocha ich takimi, jacy są. A oni rzeczywiście są Jego odbiciem. Nie wolno mi samolubnie obrażać się, odwracać, narzekać mając tak wielki dar obok siebie, jakim są moi najbliżsi. Ale owo podobieństwo do Boga to także największe zadanie, jakie staje przed nami tu na ziemi, a więc pierwsze i najważniejsze powołanie każdego człowieka! Św. Jan Apostoł i Ewangelista  z genialnym wyczuciem definiuje Stwórcę: „Bóg jest miłością” (1J 4, 8.16). A ponieważ jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, wiec: Ja jestem miłością, jest nią moja żona, mój syn, moja jedna i druga córka! Czyż to nie fascynująca i porywająca prawda?  Wszyscy wokół mnie, wszyscy ludzie na świecie, będący odbiciem Boga, są … . A tyle wokół nas zła? Tak, jesteśmy stworzeni do miłości, powołani do niej. Nosimy w sobie najbardziej naturalny kod genetyczny, w pełni uzdalniający nas do życia miłością, do realizacji jej we wszelkich relacjach, jednak skażenie grzechem pierworodnym bardzo utrudnia nam wywiązywanie się z tego zadania.<br />
Jednak Bóg nas nie pozostawił bezradnymi i skazanymi na niepowodzenie. Na drogach życia sakramentalnego znajduje się wiele niewyczerpanych źródeł, z których stale możemy korzystać.<br />
Jak w relacjach rodzinnych, wobec najbliższych osób, wypełniać nasze podstawowe powołanie? Tu znowu przychodzą nam z pomocą bardzo konkretne słowa z Ksiąg Natchnionych: „Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” ( Ga 5,22-23). Jeśli jeszcze do tego dodamy słowa ze znanego „Hymnu o miłości” świętego Pawła: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,4-7), otrzymujemy wyczerpującą receptę. Bardzo lubię te teksty, gdyż są bardzo czytelne, jasne i konkretne. Dzięki nim rozumiem, że im więcej mam wobec moich najbliższych łagodności, opanowania, cierpliwości, dobroci, radości, tym bardziej staję się ikoną Stwórcy w swoim środowisku, a więc skuteczniej  realizuję moje główne powołanie. </p>
<p>Małżeństwo</p>
<p>Ciągle mocno podkreślam sobie i innym, że stawanie się na podobieństwo Boga, poprzez realizację miłości, ma się dokonywać najpierw i przede wszystkim wobec współmałżonka i dzieci. Skąd pewność, co do tej właśnie kolejności? To także jest zapisane w naszym głównym cytacie. Kiedy spojrzymy na końcówkę wersetu 27 i początek 28: „&#8230;stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się,…”, nie możemy mieć wątpliwości, że podstawowym, pierwszym środowiskiem, w którym musimy realizować nasze najważniejsze zadanie tu, na ziemi, jest małżeństwo i rodzina. Ta prawda jest również cudowna i genialna! W naturalny sposób jesteśmy „zaprogramowani” do tego, aby wszystkie prawdy ewangeliczne realizować w swoim pierwotnym środowisku. Bóg nie stworzył człowieka jako osoby samotnej i do życia w samotności. Jesteśmy stworzeni do życia w małżeństwie i  rodzinie, i w tych wspólnotach, relacjach tworzyć mamy swoje podobieństwo do Dobrego Ojca. Ważna jest tu kolejność wymieniania podstawowych środowisk człowieka. Potwierdza ją Jan Paweł II: „Komunia małżeńska stanowi fundament, na którym powstaje szersza komunia rodziny, rodziców i dzieci, braci i sióstr pomiędzy sobą, domowników i innych krewnych” („Familiaris Consortio”, punkt  21). Najpierw współmałżonek, potem pozostali członkowie rodziny. Ta hierarchia osób w rodzinie, jest jednym z głównych warunków jej właściwego funkcjonowania.<br />
W pierwszej kolejności jesteśmy więc powołanie do małżeństwa, a następnie do rodzicielstwa. Realizacja owych pięknych wyżej przytoczonych słów z Listów św. Pawła musi następować również w takiej kolejności. I wówczas skutecznie rozwijać  się będzie zależność, że to od jakości małżeństwa zależy jakość rodziny, parafii i całego Kościoła i narodu.<br />
Powołanie do małżeństwa jest w pewnym sensie „prapowołaniem”. Tu także można mówić o swoistym przymusie, predestynacji. Nawet naukowcy udowodniają, że każdy człowiek jest „genetycznie zaprogramowany” do życia w małżeństwie. Jest to więc podstawowa wspólnota, w której dokonywać ma się realizacja wszelkich prawd ewangelicznych, ale też najlepszy, optymalny sposób przeżycia ziemskiej wędrówki. Coraz więcej konkretnych argumentów przemawia za tym twierdzeniem. Dowiadujemy się, że osoby żyjące w małżeństwie są zdrowsze i żyją dłużej, że to właśnie małżeństwo warunkuje rozwój ekonomiczny społeczeństwa, i że ono jest niekwestionowanie najlepszym środowiskiem „tworzenia” nowego życia i  jego rozwoju. Nie dawno zapoznałem się z opracowaniem Gary Beckera, laureata nagrody Nobla z dziedziny ekonomii, który udowodnił, że: „Podstawą rozwoju ekonomicznego społeczeństwa jest trwałe, monogamiczne, heteroseksualne małżeństwo, koncentrujące się na inwestycjach „specyficznych”. Najoczywistszym i najczęstszym przykładem takich inwestycji „specyficznych” stanowią dzieci”. </p>
<p>Rodzicielstwo</p>
<p>Z treści rozważanego przez nas tekstu biblijnego płynie także przesłanie zobowiązanie do rodzicielstwa: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną»”. Jest rzeczywiście wyraźne zobowiązanie. Małżeństwo sakramentalne jest w posiadaniu wielkiego daru, którym jest stały i nieograniczony dopływ Bożej łaski. Jednak podstawowym i najskuteczniejszym sposobem  otwierania się na ten dar jest otwartość na rodzicielstwo. Lubię to wyrażać słowami: „Im więcej dzieci w małżeństwie, tym więcej Bożego błogosławieństwa”. Jakże wiele refleksji się tu rodzi. Najpierw trzeba podkreślić, że zamykanie się na dar nowego życia, na potomstwo, unikanie poczęcia, odkładanie ze względu na uwarunkowania ekonomiczne, karierę zawodową, jest nieporozumieniem. Potwierdza nie rozumienie fundamentalnej prawdy, że małżeństwo powołane jest najpierw do realizacji miłości, do jej urzeczywistniania, ale najpełniej dokonuje się to przez rodzicielstwo. Znowu przywołajmy słowa Jana Pawła II: „A ponieważ według zamysłu Bożego rodzina została utworzona jako „głęboka wspólnota życia i miłości”, przeto na mocy swego posłannictwa ma ona stawać się coraz bardziej tym, czym jest, czyli wspólnotą życia i miłości w dążeniu, które &#8211; podobnie jak każda rzeczywistość stworzona i odkupiona &#8211; znajdzie swoje ostateczne spełnienie w Królestwie Bożym” („Familiaris Consortio”, punkt  17).<br />
Smucę się, kiedy słyszę stwierdzenia, wypowiadane przez młodych małżonków sakramentalnych, że nie chcą mieć dzieci, boją się je mieć z powodów materialnych, odkładają poczęcie ze względu na pracę, karierę, dokształcanie. A przecież sam Jezus nie pozostawi wątpliwości, że nic tak mocno nie urealnia Jego obecność pośród małżonków, jak dzieci: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje” ( Mk 9, 37 ). Poprzez dzieci, dzięki nim w rzeczywistość małżeństwa kolejny raz wkracza Chrystus, przebywając z rodziną, zamieszkując pod tym samym dachem, dzieląc z nią radości i smutki.<br />
W 10 rozdziale Ewangelii Markowej zamieszczony jest fragment ukazujący zachowanie Jezusa wobec uczniów w związku z dziećmi. Biorąc pod uwagę wypowiadane tu słowa dostrzegamy, że Nauczyciel stawia je jako wzór i potwierdza, że dzieci są najważniejsze w rodzinie: „Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego.  A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: «Pozwólcie  dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę powiadam wam: Kto nie przyjmuje królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego». I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je” ( Mk 10, 13 – 16).<br />
 Oburzenie Jezusa jest bardzo ładne, takie ludzkie. Trochę się zdenerwował na uczniów, którzy mimo swego wieku i doświadczenia nie rozumieli, że dzieci są wielkim skarbem dla każdej społeczności. Wcześniej ( w wersetach od 1 do 12, rozdz. 10) Mistrz wyjaśnił, że małżeństwo jest święte, nierozerwalne ze względu na Boga, a potem dodał, że także ze względu na obecność w nim dzieci. One staja się pomocnikami Stwórcy w dziele budowania trwałości małżeństwa. Ze względu na ich świętość, czystość, piękno wewnętrzne, bliskość Boga małżonkowie zobowiązani są dążyć do pełnej jedności, do świętości.<br />
I tu jest sedno tej pięknej zależności: z jednej strony my rodzice trudzimy się, realizując konkretne zadania, pogłębiające  relacje naszych dzieci z Bogiem, z drugiej On sam, w stopniu zapewne znacznie większym, obdarowuje nas wielorakimi łaskami, wynikającymi tylko z faktu obecności dzieci w rodzinie.<br />
Przez kontakt z małym dzieckiem zawsze u człowieka dorosłego pobudzają się pozytywne uczucia. To, co przyciąga do maleństwa to głównie jego niewinność i świętość. W małym dziecku, w stopniu nieporównywalnym do człowieka w kolejnych etapach życia, obecne są w najwyższym stopniu Boże cechy: czystość, dobroć, szczerość, łagodność, miłość. Każdy z nas, dorosłych, wartości te musi w sobie wyrabiać poprzez ciężka pracę, małe dziecko ma je w pełni. Podobny magnetyzm, przyciąganie i emanowanie dobrem, mają w sobie nieliczne dorosłe osoby i wówczas jest w nas pragnienie przebywania z nimi, przytulenia się. Świętość  małego dziecka nie jest nam obojętna. Odczuwamy ją, rozbudza naszą wrażliwość, przypomina o drodze, którą musimy przejść, o wysiłku który trzeba podjąć.</p>
<p>Dziecko jest dla małżeństwa, rodziny, otoczenia wielką szansą, pomocą, ale i zobowiązaniem. Pomaga ucieszyć się i uwierzyć, że świętość jest możliwa, ale i konieczna. Jest zadaniem, lecz także fascynującą przygodą, niewyobrażalną perspektywą, której mały fragment ukazuje nam Boże Dziecię ze żłóbka Betlejemskiego i każde maleństwo leżące w wózeczku. Nie można mieć wątpliwości, że dzieci stają się pomocnikami Stwórcy w dziele budowania trwałości małżeństwa i świętości rodziny. </p>
<p>Atmosfera domu rodzinnego</p>
<p>„Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi”  (Łk 2,52).<br />
 Jestem przekonany, że św. Łukasz Ewangelista, autor przytoczonych słów, miał wspaniałych rodziców. Wzrastał zapewne w atmosferze miłości, ciepła, dobroci i wzajemnego poświęcenia. Oczyma wyobraźni widzę jego matkę, wykonującą codzienne czynności z uśmiechem na twarzy. Widzę szczęśliwą kobietę piekącą podpłomyki, mielącą ziarno, sprzątającą izbę, dojącą kozę. Widzę ojca, zwracającego się do swojej żony z szacunkiem, łagodnością, delikatnością i wyrozumiałością. Zdobywającego środki na utrzymanie rodziny, rozmawiającego z synem, tłumaczącego małemu chłopczykowi zasady Tory. Św. Łukaszowi, który wyrósł na szlachetnego młodzieńca, nie zabrakło ciepła i miłości w rodzinnym gnieździe. Wychowywał się i rozwijał w dobrych, można by rzec, optymalnych warunkach, mimo, że jego rodzina mieszkała w kraju, znajdującego się od kilku pokoleń pod okupacją Rzymu.<br />
Na jakiej podstawie można snuć takie przypuszczenia? Dość wyraźnie wskazuje na to klimat trzeciej Ewangelii. Ktoś, kto od najmłodszych lat nie napełniał się ukazanymi wartościami, nie mógłby chyba napisać tylu pięknych słów o rodzinie, o relacjach małżeńskich, o miłości wybaczającej. Biorąc do ręki tekst Łukaszowy, czytając pierwsze jego rozdziały, od razu odczuwamy wyjątkowy klimat rodzinny. Historia zbawienia, już nie narodu wybranego, a całej ludzkości, rozpoczęta w Palestynie, zapoczątkowana była w zwyczajnej rodzinie. Największe Boże dzieła od początku nierozerwalnie wiążą się z rodziną.<br />
Zanim św. Łukasz zrelacjonował wydarzenia związane z życiem Jezusa, ukazał życie krewnych Maryi. Widzimy wspaniałych małżonków Elżbietę i Zachariasza, którzy: „Byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich” (Łk 1,6). Kochani staruszkowie zostali w cudowny sposób obdarowani przez Boga potomstwem. Radość z poczęcia, ale i zwykłe troski, pragnie dzielić z nimi młodziutka palestyńska dziewczyna, będąca w stanie błogosławionym. Dopiero w obecności swojej  krewnej Maryja wypowiada przepiękny hymn uwielbienia Jahwe (por. Łk 1,46-55). W tej części Biblii znajdujemy jeszcze opis sceny narodzin Jana i nadania mu imienia, w którym także pojawia się ważny element rodzinny: „Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem” ( Łk 1, 58). Po nadaniu imienia i obrzezaniu małego Janka, jego ojciec Zachariasz, napełniony Duchem Św., wypowiada słowa modlitwy, która obok „Magnifikatu”, uznana jest za najważniejszą modlitwę wyznawców Chrystusa ( por. Łk 1,68-80).</p>
<p>Do zrealizowania największych elementów Bożego Planu Zbawienia rodzina jest niezbędna. Sposób w jaki św. Łukasz opisał ten fragment historii, jest wyjątkowy ze względu na wyraźną obecność ciepła rodzinnego. Dostrzeżmy też ważny szczegół: obie modlitwy, Maryi i Zachariasza, wypowiedziane z natchnienia Bożego, wychwalające Stwórcę i Jego dzieła, zrodziły się w okolicznościach spotkań rodzinnych. Odwiedziny, pomoc, zatroskanie o stan starszej krewnej, rozmowa dwóch wybranych kobiet i rodzinno-sąsiedzka uroczystość stały się płaszczyzną wyrażenia największych prawd o zbawieniu.<br />
Taki sposób obrazowania możliwy był tylko dzięki osobistej wrażliwości Ewangelisty, która musiała kształtować się w środowisku wspaniałej rodziny, o klimacie podobnym do opisywanych.<br />
Dlaczego wiadomości te są potrzebne w naszej refleksji? Ponieważ jako rodzice chrześcijańscy powinniśmy mieć świadomość, że jeśli stworzymy Boży klimat w rodzinie, jeżeli będziemy małżonkami „sprawiedliwymi i postępującymi nienagannie”, możemy spodziewać się stałej pomocy Boga w realizacji swoich obowiązków. Możemy spodziewać się i oczekiwać nawet cudownego wsparcia. A nasze dzieci, wzrastające w tym klimacie, na pewno wyrosną na osoby wyjątkowe i wielkie. Może nasz syn, nasza córka, rozwijając się we właściwym klimacie rodzinnym, przepełnionym miłością, wyrośnie na osobę, która za kilka pokoleń wyniesiona zostanie na ołtarze. Może jeszcze za życia czyniąc: „postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi”  (Łk 2,52), stanie się kimś wyjątkowym, szczególnym, rozsiewającym wokół siebie ziarna dobra, prawdy, piękna i miłości.<br />
Tyle prawd na temat naszego powołanie zawiera natchnione Słowo Boże. Wczytując się w nie bardzo wyraźnie dowiadujemy się do czego Bóg nas wzywa. Jeżeli pojawiają się obawy, czy podołamy, to jako wierzący małżonkowie i rodzice usłyszmy słowa: „Lecz Pan mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12,9).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://malzenstwo.zw.pl/?feed=rss2&amp;p=68</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Małżeństwo żyje dzięki Eucharystii</title>
		<link>http://malzenstwo.zw.pl/?p=66</link>
		<comments>http://malzenstwo.zw.pl/?p=66#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 22 Sep 2009 09:24:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wykłady rodzinne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://malzenstwo.zw.pl/?p=66</guid>
		<description><![CDATA[Małżeństwo żyje dzięki Eucharystii
 I.                  „Kościół żyje dzięki Eucharystii”. 
Słowa te rozpoczynają Encyklikę Jana Pawła II, poświęconą wartości Eucharystii. Wyrażają one fundamentalną prawdę z zakresu istnienia Mistycznego Ciała Chrystusa. Na mocy Jezusowego sakramentu wszystkie małżeństwa zostały wszczepione w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Małżeństwo żyje dzięki Eucharystii</p>
<p> I.                  „Kościół żyje dzięki Eucharystii”. </p>
<p>Słowa te rozpoczynają Encyklikę Jana Pawła II, poświęconą wartości Eucharystii. Wyrażają one fundamentalną prawdę z zakresu istnienia Mistycznego Ciała Chrystusa. Na mocy Jezusowego sakramentu wszystkie małżeństwa zostały wszczepione w to Ciało, stały się jego częścią, dlatego śmiało możemy powiedzieć: Małżeństwo żyje dzięki Eucharystii.  Małżeństwo nie może żyć bez Eucharystii.<br />
Najmniejszą, podstawową i wyjściową (jako punkt wyjścia do wszelkich dalszych działań duszpasterskich), a jednocześnie fundamentalną komórką Kościoła jest małżeństwo. Nie pojedynczy człowiek i nie rodzina-jest ona wspólnotą wtórną, jest owocem małżeństwa-lecz komunia dwojga osób ustanowiona przez Boga. Powołanie małżeństwa jest wielkim i zawsze aktualnym zadaniem. Dzięki sakramentalności tego związku wyposażony został on w wyjątkowe możliwości, sprawiające, że wszystkie stojące przed nim zadania stają się wykonalne. Za najważniejszą misję uznać trzeba powołanie do bycia jednością, do bycia małżeństwem, do życia w komunii z sobą i z Bogiem. Aby wspólnota dwojga ludzi mogła otwierać się na pełnienie kolejnych funkcji, przede wszystkim rodzicielstwa i wychowania potomstwa, ewangelizacji, świadectwa, musi najpierw zrozumieć, uznać i realizować podstawowe zadanie samego małżeństwa-musi nim być! Być związkiem dwojga ludzi, w którym stają się jednym ciałem i jednym duchem, wypełniać zadanie budowania jedności, rozwijania miłości ofiarnej każdego dnia, przez spełnianie podstawowych obowiązków.<br />
Życie małżeńskie, zawsze, ale w obecnej sytuacji szczególnie, jest zadaniem bardzo trudnym do zrealizowania. Samo wypełnienie przysięgi małżeńskiej jest niełatwe. Przypomnijmy: miłość (ofiara z własnego życia), wierność (współmałżonek zawsze najważniejszy, jedyny), uczciwość (w każdym aspekcie życia, szczerość, prawdomówność), i bycie ze sobą zawsze, nie opuszczanie się w każdej sytuacji, ale szczególnie w trudnych chwilach. Czy możliwe jest zrealizowanie tych ideałów, które składają się na ową jedność, na bycie jednym ciałem i duchem? Bez środków nadprzyrodzonych małżonkowie nie zrealizują zadań wynikających z bycia tą wspólnotą, a cóż dopiero pozostałych obowiązków: rodzicielskich, zawodowych, społecznych.</p>
<p>   Małżeństwo, tak jak cały Kościół, albo przede wszystkim ono w Kościele, może realizować swoje powołanie głównie dzięki Eucharystii, ale także adoracji, modlitwie, lekturze Słowa Bożego, rekolekcjom. Na takie formy duchowego życia małżeństwa wyraźnie wskazuje Ruch Domowy Kościół. Jednak konieczne staje się, aby o warunkach tych mówić wszystkim małżonkom. Zwróćmy uwagę na wyjątkową zależność: skoncentrowanie się na posłannictwie małżeństwa, poświecenie mu całej energii, uznanie tych zadań za najważniejsze, przyczynia się niejako automatycznie do wzorowej realizacji pozostałych funkcji stojących przed małżonkami. Tylko wtedy będzie możliwe dobre wypełnianie wszelkich obowiązków, jeżeli właściwie realizuje się misję małżeństwa.<br />
W obrębie samego związku jest już tych celów tak wiele, że być może po ich uświadomieniu sobie rodzi się przekonanie niemożliwości ich zrealizowania. Nie można także nie dostrzec konkretnych czynników zewnętrznych bardzo mocno uderzających w trwałość małżeństwa. Myślę tu głównie o bardzo złej sytuacji ekonomicznej ogromnej większości rodzin, o lekceważeniu wielu zasad moralnych, nastawieniu na bogacenie się, często za wszelką cenę, ukazywanie  jako sytuacji naturalnej nietrwałości związków, częstej zmiany partnerów, życie bez sakramentów, lekceważenie tradycji i wartości religijnych. A jednocześnie słabego wsparcia tej instytucji ze strony organizacji, które wsparcia tego udzielić powinny. W tej sytuacji postawienie sobie za cel nadrzędny dążenie do wspólnego rozwoju duchowego, wewnętrznego, staje się koniecznym warunkiem trwania i ratowania małżeństwa. Źródłem szczególnego wsparcia  duchowego jest Eucharystia, dlatego warto pamiętać, że jest to: „pokarm dla słabych, którzy przeżywają swoje doświadczenie słabości i nie boją się go. To właśnie jest ich prawdziwą mocą”[2].<br />
Przedstawiona propozycja: regularny, częsty, wspólny i pełny udział w Mszy Św., adoracja Najświętszego Sakramentu,  systematyczna modlitwa, czytanie Słowa Bożego, udział w dniach skupienia, rekolekcjach często jawi się także jako niemożliwa do zrealizowania. Szokujący paradoks: jak możemy wypełnić misję, jaka stoi przed nami jako przed małżeństwem, jeżeli nie jesteśmy w stanie wypełnić, zrealizować warunków umożliwiających realizację zadań podstawowych, głównych? Spójrzmy na analogię: chcę być zdrowy, odporny na choroby, silny i sprawny, a jednocześnie nie spożywam posiłków; sporadycznie, dorywczo sięgam po jedzenie. Odmawiam sobie nie ze względu na brak tego pożywienia, tylko z powodu zaniedbywania, lenistwa, braku zorganizowania, lekceważenia. Głupi paradoks! Dlatego jeżeli nasza małżeńska strawa duchowa jest przez nas lekceważona, zaniedbywana, staje się zadaniem, na które nie ma czasu, uznajemy bowiem mnóstwo innych zadań za znacznie ważniejsze, to jest to smutne, bolesne i tragiczne. Twierdzenie, że brakuje nam czasu na wymieniane wcześniej podstawowe praktyki religijne jest twierdzeniem, że nie mamy czasu na nasze małżeństwo, jest zgodą na jego słabnięcie, anemię, chorobę, unicestwienie. </p>
<p>II. „A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela” (Mt 19, 6).</p>
<p>Zastanawiające jest powyższe stwierdzenie wypowiedziane przez Jezusa. Człowiekowi nie wolno rozdzielać tego, co złączył Bóg. Nie chodzi tu tylko o tworzone przez ludzi systemy prawne, dojące możliwość rozwiązania małżeństwa.<br />
 Sposób złączenia  przez Boga jest dla małżonków wielką tajemnicą. Mimo odrębności płci, osobowości, charakterów, wzorców wyniesionych z domów, Stwórca łączy męża i żonę w „jedno ciało”. Jest to jedna z tych prawd, których nie można do końca pojąć, a które urzeczywistniają się przez ich realizację.  Bardzo podobnie musimy potraktować tajemnicę Eucharystii. W niej także treści objawione przez Jezusa są trudne do ogarnięcia przez ludzki rozum, więc Jezus mówi: „To czyńcie na moją pamiątkę !” (Łk 22, 19). Mamy tę prawdę realizować, w niej uczestniczyć, nie zastanawiając się zbytnio nad istotą. Podobnie potraktować musimy prawdę o sakramentalności małżeństwa. Tego także nie trzeba pojmować, lecz realizować. Nie marnować czasu i wysiłku wkładanego w racjonalne wyjaśnienie, ale oddawać się praktykowaniu tych tajemnic, uczestniczyć w nich, urzeczywistniać przez działanie. „Jedno ciało” utworzone przez kobietę i mężczyznę w chwili zawarcia małżeńskiego przymierza z Bogiem, zawiera w sobie element nieprzeniknionej do końca tajemnicy, w której nie chodzi o pojmowanie, ale o realizację. Całe niniejsze opracowanie jest próbą przybliżenia najskuteczniejszych sposobów urzeczywistniania szczególnej prawdy wiary, jaką jest bycie przez małżonków organiczną jednością.<br />
Tę część rozważania pragnę poświęcić odpowiedzi na pytanie: Co małżonkowie powinni robić, aby się nie rozdzielać? Tak, to właśnie małżonkowie są tymi, którzy „najskuteczniej” niszczą jedność swojego związku. Nie zewnętrzne czynniki, albo inne osoby, lecz oni sami. I to wcale nie przez zdrady i odejścia, lecz poprzez zaniedbywanie tego, co przed rozpadem chroni. Rozdzielanie małżeństwa, a więc, tego, co Bóg złączył, przez małżonków, dokonuje się poprzez lekceważenie sakramentalności swojego związku. Za fundament małżeństwa, wymagający konkretnego zaangażowania, przez które realizuje się jego istotę, uznać trzeba modlitwę małżeńską, wspólny udział w Mszy św., noszenie obrączki, świętowanie rocznicy ślubu i nieustanną modlitwę za współmałżonka.<br />
Pragnę teraz zatrzymać się na istotnym aspekcie praktycznym. Ponieważ w zdecydowanej większości sakrament małżeństwa zawierany był przez nas w czasie Mszy św. musimy wiedzieć, że połączenie tych dwóch sakramentów podkreśla ich nierozerwalność i zależność. Nierozerwalność w znaczeniu braku możliwości urzeczywistniania prawd związanych z sakramentem małżeństwa bez stałego uczestniczenia małżonków w Uczcie Pańskiej. Jak w każdym sakramencie pełnia łaski Bożej „dociera” do osoby przez widzialne znaki. Konieczna jest realizacja konkretnych czynności, aby korzystać z nadprzyrodzonych dóbr. Nieporozumieniem jest więc bardzo powszechna praktyka udziału małżonków w Eucharystii osobno, o różnych godzinach, ewentualnie o jednakowej godzinie, ale siadających oddzielnie. Tak postępuje osoba samotna i jest to coś naturalnego, ale małżonkowie nie są „dwoje, lecz jedno ciało”. Aby to „jedno ciało” mogło w pełni uczestniczyć w duchowych darach płynących z Mszy św. , w elemencie znaku widzialnego musi być najpierw nie podzieloną jednością fizyczną. Zwyczajnie obok siebie, blisko, razem. Jest to bardzo ważna część znaku widzialnego, przez który małżeństwo otwiera się na niewidzialną łaskę. Tak przecież jest w chwili zawierania związku. Narzeczeni, a za chwilę małżonkowie, siedzą w bezpośredniej bliskości fizycznej, w taki sam sposób przyjmując Jezusa w czasie Komunii Św. Bardzo blisko siebie. Z definicji sakramentu wynika, że Boża łaska urzeczywistniana i udzielana jest przez konkretne zewnętrzne, widoczne czynności, gesty, słowa, przedmioty. Nie można zaprzeczyć, że na widzialny znak sakramentu małżeństwa składa się również bycie małżonków obok siebie, a w momencie najistotniejszym, składania przysięgi i udzielania błogosławieństwa, potrzebne jest trzymanie się za ręce. Dopiero fizyczna bliskość (i słowa przysięgi) umożliwia narzeczonym zaistnienie jako małżeństwo.<br />
Jeżeli jesteśmy zaproszeni jako małżeństwo na przyjęcie do bardzo ważnych dla nas osób, to niewyobrażalną sytuacją jest (bez konkretnej ważnej przyczyny) przyjście na przyjęcie o różnych godzinach, ale też siadanie oddzielnie. Małżonkowie idą na takie przyjęcie razem i siadają obok siebie. Najważniejszym przeżyciem dla małżeństwa jest zasiadanie do stołu z Jezusem. Dlaczego więc tak powszechnie lekceważony jest ten zewnętrzny sposób udziału?  Siadanie obok siebie jest też ważne z punktu widzenia przekazania sobie znaku pokoju. Jeżeli jesteśmy jako małżonkowie oddaleni od siebie np. po sprzeczce małżeńskiej, która bardzo często ma miejsce przed wyjściem do kościoła, to podanie sobie ręki przy przekazaniu znaku pokoju, jest daniem szansy Jezusowi, aby dokonał swoją łaską zbliżenia przez zewnętrzny gest i wysiłek małżonków. Podanie ręki, ucałowanie dłoni żony, nawet delikatne przytulenie[3] jest ważnym znakiem pojednania, wyrazem chęci zbliżenia, zapomnienia uraz, gotowości przyjęcia współmałżonka takim, jaki jest, z jego wadami. Jest to także bardzo ważne świadectwo jedności wobec dzieci i wspólnoty parafialnej. Łatwo jest podać rękę obcej osobie, ale bardzo ciężko współmałżonkowi, z którym jest się w tym momencie pokłóconym. Dlatego siadanie daleko jest też często ucieczką od problemu. Nie powinno się przystępować do Komunii Świętej bez wcześniejszego pojednania, nawet poprzez ten zewnętrzny gest, wyrażający gotowość, ale także dający Bogu możliwość pomocy w odbudowaniu poprawnych relacji. Prawda ta zawarta jest w słowach Jezusa: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko” (Mt 5, 23-25).</p>
<p> Przystąpienie do Komunii Świętej małżonków trzymających się za ręce jest także pięknym świadectwem i gestem zewnętrznym, potwierdzającym ich jedność z sobą i z Jezusem. Często rodzic podchodzi do Komunii trzymając za rękę dziecko, jest to bardzo ładne zachowanie, ale tak powinni czynić przede wszystkim małżonkowie, połączeni w związek sakramentalny.<br />
Oczywiście w miarę możliwości małżonkowie powinni w Eucharystii uczestniczyć jak najczęściej, nie tylko w niedzielę, ale także w ciągu tygodnia.<br />
Powyższe zasady dotyczą także udziału w nabożeństwach, pielgrzymkach, spotkaniach grup parafialnych- nie oddzielnie, co może przyczyniać się do rozbijania jedności, ale wspólnie w celu jej budowania. </p>
<p>III. „Bo co ty Panie pobłogosławisz, będzie błogosławione na wieki”(1 Krl 17, 27).</p>
<p>Jako człowiek żyjący w małżeństwie sakramentalnym jestem przekonany, że chyba nie ma drugiej takiej rzeczywistości, która była by tak mocno i konkretnie pobłogosławiona przez Boga jak małżeństwo. To błogosławieństwo obejmuje wszystkie dziedziny życia małżeńskiego, każdy jego szczegół. Oczywiście pod warunkiem wierności Bożemu Słowu i stałej współpracy ze Stwórcą.</p>
<p>Po zawarciu sakramentalnego związku małżeńskiego, trzeba mieć świadomość, że staje się przed najważniejszym zadaniem życiowym. Nie wolno jednak zapominać, że nie sprosta się temu zadaniu tylko o ludzkich siłach. Nie uda się urzeczywistnić tych pięknych obietnic, osiągnąć wielkiego i prawdziwego szczęścia, bez Chrystusa, który błogosławi związek i jest w nim stale obecny. Jezus daje bardzo konkretne zasady, pozwalające żyć w pełni i prawdziwe. Ukazuje prawdy ułatwiające małżonkom rozwijanie związku i korzystanie z błogosławieństwa na każdym etapie życie i we wszystkich jego dziedzinach. Ale uczciwie przestrzega, że ta droga nie jest łatwa: „Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują” (Mt 7, 13-14).</p>
<p>Droga życia małżeńskiego to cudowna przygoda, najbardziej fascynująca wspólna wędrówka w kierunku najpiękniejszego celu. Mamy na niej niegasnące źródło pomocy i nadziei. Stała obecność Jezusa jest największą wartością sakramentu małżeństwa.</p>
<p>Na jednej z podarowanych nam kartek przeczytałem: „Szczęście w małżeństwie to nie dar, lecz osiągnięcie”. Wielokrotnie młodzi ludzie zawierając małżeństwo mają przekonanie, że jakoś to będzie. Niestety, szczęście w małżeństwie nie jest ani darem, ani przypadkiem. Jest efektem bardzo konkretnego wysiłku i, trzeba to otwarcie powiedzieć, wielokrotnie realizowanego przez kilkadziesiąt lat! Przez całe, daj Boże, jak najdłuższe życie. Nie można nawet na chwilę sobie poluzować. Trzeba mieć tego jasną świadomość już w narzeczeństwie. Ale małżeństwo sakramentalne to najlepsze, najbardziej optymalne rozwiązanie dla człowieka. Każda inna forma związku mężczyzny i kobiety jest tylko czyś pośrednim, jest udawaniem, a także utrudnianiem sobie życia.</p>
<p>Budowanie głębokiej jedności w małżeństwie niezbędne jest, aby świat poznał całą prawdę o Jezusie: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 20-21).</p>
<p>Istotą małżeństwa, jako naturalnego związku mężczyzny i kobiety, jest jego sakramentalność. Istotą sakramentalności jest Jezus i Jego nauka-Dobra Nowina. Dla osób żyjących w małżeństwie wszelkie prawdy ewangeliczne powinny urzeczywistniać się najpierw w relacji do męża, żony. A prawdy te są nieprzemijające: „Trawa usycha, więdnie kwiat, lecz słowo Boga naszego trwa na wieki” (Iz 40, 8).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://malzenstwo.zw.pl/?feed=rss2&amp;p=66</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
